Gdyby nie śpiewał i nie komponował byłby pewnie kierowcą autobusu linii 124, który w czasach jego dzieciństwa kursował na trasie Olsza 2 – Osiedle Podwawelskie.
Przy tej trasie na ul. Basztowej mieściła się też szkoła muzyczna, do której później uczęszczał.
Druga pasja poza muzyką, do której nadal się przyznaje, to właśnie motoryzacja. Uwielbia jazdę samochodami terenowymi, rajdy z przeszkodami, pasjami wyjeżdża na różne pagórki: Magurkę koło Żywca czy Groń we wsi Łętownia. Przyznaje, że odgłos pracującego silnika odczuwa jak rodzaj muzyki. Najlepszym jego pilotem jest córka Antosia.
Zaczął bardzo wcześnie, już jako siedemnastolatek, więc dziś zbiera mu się na podsumowania. Ostatnią, siódmą w swojej karierze płytę “Ultima”, nazwał zamknięciem pewnego etapu, podsumowaniem całości, dopełnieniem cyklu, który zaczął w 1993 roku albumem “Pod światło”. Do komponowania natchnęła go “Szalona lokomotywa” Jana Kantego Pawluśkiewicza i Marka Grechuty. Jeszcze w liceum własnymi kompozycjami do wierszy Szekspira, Baczyńskiego i Witkacego wyśpiewał główną nagrodę na XX Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Zaproszony przez Piotra Skrzyneckiego na gościnne występy do Piwnicy pod Baranami zasiedział się tam na dobre jedenaście lat.
- W sobotę, bodajże 19 maja 1984 roku, po raz pierwszy w życiu wszedłem do Piwnicy – wspomina Grzegorz Turnau. – Piotr pozdrowił mnie, ale serdecznie, jakby kojarząc, kim jestem, a taki zaszczyt nieczęsto spotyka w Piwnicy debiutantów. Powiedział: Witamy pana, witamy serdecznie! No to co? Napijemy się! Aaaa… przepraszam. Panu, zdaje się, jeszcze nie wolno. Wpuszczono mnie do Piwnicy tak, jak do salonu, gdzie zgromadziła się cała dostojna rodzina, wpuszcza się dziecko, by powiedziało wierszyk na przyjęciu z okazji trzydziestej rocznicy wujostwa- żartuje artysta. – Czy spisze się lepiej czy gorzej? Ma te swoje pięć minut i wszyscy są zachwyceni.
Dziś już dojrzały Grzegorz Turnau przyznaje, że Piwnica dawała błogie poczucie bezpieczeństwa, a jego młody wiek bardzo ułatwiał mu pokonywanie bariery tamtejszej tradycji kompozytorskiej, głównie krążącego tam mitu Zygmuta Koniecznego. Młody Turnau nikomu przecież nie zagrażał, z nikim nie próbował się ścigać, więc udało mu się zachować niezależność. Od początku koncertował też samodzielnie, ale dopiero po czterech latach na piwnicznej scenie zaczął to zajęcie traktować jako zawód, rzucił nawet rozpoczęte studia na anglistyce.
- Z Piwnicą przeżyłem wszystko, co najważniejsze i najpiękniejsze, ale nie czuję się dozgonnie przywiązany do jednego miejsca i jednej grupy ludzi – podkreślał swoją wolność w jednym z wywiadów. – Piwnica jako idea, jako sposób pojmowania muzyki i piosenki, będzie we mnie na zawsze i w tym sensie ja będę zawsze w Piwnicy.
To legendarne miejsce okazało się więc nie celem Turnaua, ale pewnym etapem, kuźnią jego talentu. Kompozytor często podkreśla, że miał szczęście, bo udało mu się robić to co lubi, nie mieć żadnych zwierzchników i samemu narzucać sobie dyscyplinę. I rzeczywiście jak dotąd kolejne albumy ukazywały się z żelazną regularnością, co rok, najwyżej co dwa.
Choć na pierwszych jego płytach pojawiły się własne teksty tego artysty, z czasem jednak ich liczba na kolejnych krążkach malała, na “Ultimie” jest już tylko jedna. Turnau często powtarza, że nie jest poetą, ani nawet tekściarzem. Trochę w tym przekory, trochę kokieterii i zrozumiały u trzydziesto-czterolatka dystans do własnych artystycznych poczynań.
No cóż “Na ulicach cichosza, na chodnikach cichosza nie ma Słowackiego i nie ma Miłosza…”. Najczęściej i z największym zapałem zajmuje się więc tworzeniem oprawy muzycznej wierszy takich poetów, jak: Michał Zabłocki, Andrzej Poniedzielski, Wiesław Dymny, czy Agnieszka Osiecka. – Nigdy nie interesowała mnie tak zwana poezja śpiewana, czyli wiersze zużyte do zaśpiewania na scenie – powiedział kiedyś. – Wiersz zaśpiewany przestaje być wierszem, staje się piosenką, ale pod warunkiem, że wraz z muzyką tworzy nową całość. Toteż wybieram takie wiersze, które mają w sobie ukryte, tajne wejścia i labirynty do muzycznej penetracji.
Turnau kojarzony jest z Bracką, na której w mieszkanku z widokiem na Sukiennice, spędził dziesięć lat. Tam też zbierała się krakowska cyganeria. Wychował się jednak w jednym z krakowskich blokowisk, jednak nigdy nie czuł się człowiekiem znikąd. W niektórych wywiadach podkreśla swój ziemiański rodowód i przywiązanie do wartości. Turnau to nazwisko o austriacko-semickich korzeniach, a rodzina Turnauów przybyła do Galicji na przełomie wieków. Do 44 roku jego dziadek, dziennikarz piszący o tematyce agrarnej w krakowskim “Dzienniku Polskim” zarządzał majątkiem na Rzeszowszczyźnie. Dziś Grzegorz Turnau wraz z żoną Maryną i trzynastoletnią córką Antosią mieszka w starym, sześćdziesięcioletnim drewnianym domu pod Krakowem.
O kobiecości powiada, że jest twórczą siłą świata. Żonę Marynę – flecistkę poznał w Piwnicy pod Baranami. Połączyła ich, jak wspomina, nieśmiałość wobec świata. Zarzeka się jednak, że jako starszy pan nie będzie śpiewać piosenek o miłości. Krytycy piszą, że cechą jego muzyki jest wiarygodność. Wierzymy mu na słowo. Jego wizerunek sceniczny: inteligenckie okularki, eleganckie marynarki oraz emanujący spokój, łagodność i profesjonalizm znakomicie pasują do tekstów i muzyki, którą śpiewa. Wydaje się, że w przypadku Turnaua związek życia i muzyki jest większy niż w przypadku innych artystów. A może chodzi tu o krakowskość, o to co trafnie określił Andrzej Sikorowski: – Nam krew płynie pomału.
Może pomału, ale skutecznie i owocnie.
Autor artykułu: Anna Malcer