Archive for July, 2001

Tańce na samochodach

Tuesday, July 31st, 2001

Sześć zniszczonych samochodów i znaczne straty materialne to efekt zabawy, jaką urządziła sobie młodzież na parkingu przy ul. Polnej.

- Około północy otrzymaliśmy anonimowy telefon, że młodzi ludzie zorganizowali sobie na samochodach zabawę taneczną. Oficer dyżurny natychmiast wysłał patrol. Jednak kiedy policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, nikogo już tam nie było – mówi komisarz Stefan Romaniuk, zastępca komendanta Komendy Powiatowej Policji w Kwidzynie.

Najbardziej uszkodzone zostały trzy samochody: Ford Mondeo, Fiat Funto i Skoda, których właściciele oszacowali straty na blisko 2 tys. zł.

Autor artykułu: (chan)

Śledztwo umorzone

Tuesday, July 31st, 2001

W marcu tego roku w sobotnie przedpołudnie dzieci bawiące się przy ul. Czatkowskiej w Tczewie znalazły zwłoki noworodka. Po trwających kilka miesięcy badaniach histopatologicznych okazało się, że noworodek płci żeńskiej najprawdopodobniej urodził się martwy w szóstym miesiącu ciąży.

- Dziecko nie mogło żyć samodzielnie, poza organizmem matki – powiedział “Dziennikowi” Tadeusz Unrad, prokurator rejonowy z Tczewa. – Nie popełniono więc przestępstwa. Sprawa została umorzona. Sposób, w jaki pozbyto się ciała dziecka urąga jednak wszelkim normom etycznym.
Przypomnijmy! Dwaj 10-letni chłopcy bawili się przed południem w pobliżu dawnej cegielni. Pod murowanym płotkiem znaleźli foliową torbę. Z ciekawości do niej zajrzeli. Kiedy zorientowali się, że w torbie są zwłoki maleńkiego dziecka, powiadomili rodziców. Policję wezwał o godz. 11.50 ojciec jednego z chłopców.
Znalezione wówczas dziecko urodziło się prawdopodobnie przed tygodniem. Do porodu raczej nie doszło w miejscu, gdzie znaleziono ciało noworodka. Policja użyła psa tropiącego. Jednak nie znalazł śladów mogących mieć związek z prowadzoną sprawą.

Autor artykułu: (kap)

Tczew. Wkrótce VI turniej bokserski im. Józefa Kruży

Tuesday, July 31st, 2001

Trwają przygotowania do VI Międzynarodowego Turnieju Bokserskiego im. Józefa Kruży. Impreza poświęcona pamięci tczewskiego mistrza Europy (1953 r.) i dwukrotnego mistrza Polski (1952-53) oraz wychowawcy wielu pokoleń pięściarzy, odbędzie się w sobotę, 18 sierpnia, podobnie jak przed rokiem “pod chmurką” obok tczewskich pływalni.

Wystąpią w niej zawodnicy dwóch niemieckich klubów (Box Club Stralsund oraz Box Sport ASV 90 Lűdenscheid), czeskiego SKP Sever z Usti n/Łabą oraz seniorzy i juniorzy Stoczniowca Gdańsk, Wierzycy Starogard Gd., OSiR Chojnice, Czarnych Słupsk, Halexu Elbląg i oczywiście Wisły Tczew, która jest organizatorem zawodów. Honorowym gościem imprezy ma być Aleksy Antkiewicz, pierwszy w historii polskiego boksu medalista olimpijski (w 1948 roku w Londynie zdobył brąz w wadze piórkowej, a cztery lata później srebro w Helsinkach).

Tczewskie zawody rozpoczną się o godz.11 walkami juniorów. Po uroczystym otwarciu (15) o 15.10 wystąpią seniorzy. Wstęp na turniej jest wolny.

Autor artykułu: (zb)

Powódź w prokuraturze

Monday, July 30th, 2001

Pomorska Izba Rolnicza skierowała do gdańskiej prokuratury doniesienie przeciwko Regionalnemu Zarządowi Gospodarki Wodnej w Gdańsku oraz Zarządowi Melioracji i Urządzeń Wodnych Województwa Pomorskiego.

Rolniczy samorząd zarzuca im działania na szkodę interesu publicznego i prywatnego oraz niedopełnienie obowiązków. Zdaniem PIR opieszałość urzędników spowodowała, że pola na terenie powiatu kwidzyńskiego zostały zalane przez zbyt późne otwarcie śluzy na rzece Nogat. Szybkie obniżenie lustra wody w Liwie mogło, zdaniem Leszka Jerzego Świerczka, prezesa PIR, uratować uprawy. Zalanych zostało około 5600 hektarów.
- Gdyby w porę została spuszczona woda, nie doszłoby do takiego zalania pól – twierdzi prezes.

Antoni Chudy, kierownik kwidzyńskiego oddziału terenowego Zarządu Melioracji, potwierdza, że za późno otwarto śluzę, ale nie poczuwa się do winy.
- Wystąpiłem od razu z pismem do regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gdańsku o obniżenie poziomu wody w Białej Górze, ale nawet gdyby natychmiast śluza została otwarta i tak doszłoby do zalania pól.

Autor artykułu: (JK)

Premiera w teatrze Atelier im. Agnieszki Osieckiej

Monday, July 30th, 2001

Wchodzą widzowie: scena zawalona jest walizkami, jak przechowalnia bagażu. Na szpitalnym łóżku w centrum spoczywa, całkowicie przykryta białym prześcieradłem, jakaś postać. Może trup, może manekin, a może Ktoś.

Gdy widownia się uciszy, postać się poruszy. Padną pierwsze słowa: “Znów kolejny dzień”… Powieje z nich nudą, zmęczeniem, odrazą. Ale to pozór.
Sztuka ,Szary Anioł” Moritza Rinkego przedstawia dwa dni, podobne do siebie jak jednojajowe bliźnięta, z życia Kogoś, kim według wszelkich oznak jest Marlena Dietrich, Błękitny Anioł. Za życia piękna, pyszna, rozwiązła, humorzasta. Przed metą już tylko żałosna. Ona jest żałosna, bo ona umiera.

Każda śmierć jest żałosna (o ile nie jest śmiercią na polu bitewnym, gdzie umiera się, powiedzmy, dumnie) – czy będzie to łóżko domowe, szpitalne czy poetyckie łoże boleści. Ona, Madame, jest dubeltowo żałosna, ponieważ umarła dla świata trzydzieści lat wcześniej; żyje tylko jej legenda, jej mit – a jest to żywot pożałowania godny z punktu widzenia materii życia. Ponieważ umiera w myśl swojej myśli ostatecznie: “Przecież potem nic już nie wiadomo. To koniec. Poza tym nie wierzę też w żadną wyższą moc”.
Niemniej – wybiera się w podróż. Nie tę ostateczną, ale do Berlina. Tam na nią podobno czekają.
Pakuje walizki.

Rękami kogoś, kto jest dla niej wszystkim: sekretarzem, bagażowym, służącym, kochankiem, pielęgniarzem, sprzątaczem, uczniem, psem, szczotką do zamiatania i gąbką do szorowania zanikających ud. Masłem, w które wchodzą noże jej drwin. Wcieleniem świata, którym może rządzić dowolnie, tj. pomiatać. Sama ani na moment nie opuszcza łóżka, bo już nie może. To jej wehikuł do nieskończoności. A według niej – do nicości. Przed którą na miarę sił się broni, wytwarzając wokół siebie sztuczny świat, w którym gra rolę osoby numer jeden. Nie znosi zresztą naturalności. Głosi expressis verbis:
chwała sztuczności.

Autor wprawdzie każe jej wypowiedzieć kwestię “trzeba by zapukać do wrót śmierci z czystymi rękami i bez roli”, ale to tylko jedna z tysiąca kwestii, jakie wygłasza Szary Anioł. Bez roli nie potrafi żyć ani chwili na jawie; nawet we śnie gra.
A czyste ręce? Jeśli nie ma na nich krwi – wydają się czyste. Szary Anioł zresztą nie zdejmuje gumowych rękawiczek. Ostatnim słowem, które pada z ust Szarego Anioła, jest “podróż”. Tym razem już nie do Berlina. Te same ręce, które siłą rozwierają jej zaciśnięte usta, obracają jej twarz ku Nicości.
Oczywiście, że taki jest Szary Anioł zagrany przez Joannę Bogacką. Bez dwóch zdań:
wielka rola
wielkiej aktorki.

Nie dlatego, że zagrała wielką aktorkę, ale że sama nią jest. Ona w tę sztukę o śmierci, owszem bardzo inteligentną, inteligentnie wlewa życie. Ona sprawia, że Szary Anioł nie jest li tylko starą jędzą, składnicą pretensjonalności, pośmiewiskiem, a głęboko cierpiącym człowiekiem. Od jej – Bogackiej – umiejętności aktorskich wszystko zależy. Wszystko!
Wielki niemowa Konstantyn (rzeczywiście, choć wydaje nieartykułowane dźwięki, nie wypowiada ani jednego słowa) jest jednym wielkim uchem do wysłuchiwania tyrad Anioła. I choćby nie wiem jakie cuda wyczyniał na scenie – będzie tylko niemym tłem dla wymownej Madame. Niemniej – to też jego wielka rola, może najtrudniejsza, jakie dotychczas grał. Bo Szary Anioł – i sama Bogacka – to bardzo wymagające damy i niedotrzymanie im poziomu grozi katastrofą sceniczną.
Kto mówi o katastrofie? To
wielkie dzieło
teatru Atelier.

Ile w tym dziele jest wkładu reżysera i scenografa, André Hübnera-Ochodlo, nie da się wymierzyć. Ani innych współtwórców przedstawienia. Miejmy też świadomość, że to tylko pierwsza część zdania na temat śmierci, które w tym sezonie wypowiadają Ochodlo i Atelier. Dokończy je “Końcówka” według Samuela Becketta.

Moritz Rinke “Szary Anioł. Monolog we dwoje”. Przekład Sława Lisiecka. Grają: Szary Anioł – Joanna Bogacka, Konstantyn – Giennadij Mitnik. Reżyseria i scenografia André Hübner-Ochodlo. Muzyka Jerzy Satanowski. Kostiumy i charakteryzacja Irena Biegańska. Realizacja filmów Wojciech Ostrowski Video Studio Gdańsk. Prapremiera polska: teatr Atelier im. Agnieszki Osieckiej, 28 lipca 2001, Sopot.

Sztuka będzie grana od środy 1 do niedzieli 12 sierpnia z wyłączeniem poniedziałków.

Autor artykułu: Tadeusz Skutnik

Pożyczki dla zatopionych

Monday, July 30th, 2001

Już 95 wniosków z prośbą o pomoc finansową wpłynęło do Wydziału Rozwoju Gospodarczego Urzędu Miejskiego w Słupsku od małych i średnich przedsiębiorstw poszkodowanych w wyniku ulewy z 9 lipca. Z propozycją takiej pomocy wyszło Ministerstwo Gospodarki.

Chodzi przede wszystkim o sklepiki znajdujące się w piwnicach w centrum Słupska, które doszczętnie zalało i zniszczył się w nich towar. – Pułap wysokości pożyczek nie został określony przez Ministerstwo Gospodarki – mówi Edward Rybczyński, naczelnik Wydziału Rozwoju Gospodarczego Urzędu Miejskiego. – Podejrzewam, że chodzi o oprocentowanie. Po prostu ministerstwo będzie chciało pokryć różnicę stóp procentowych, by kredyt był nieoprocentowany.
Wśród 95 podań złożonych proponowane przez poszkodowanych kwoty kredytu wahają się od 10 do 60 tysięcy złotych. – Warto z nich skorzystać – zapewnia Sławomir Wyszomirski, słupski handlowiec, który taki wniosek już złożył.
Poszkodowani w wyniku ulewy handlowcy mają na to czas tyko do 31 lipca.

Autor artykułu: (cos)

Nowe zaciągi w czarnej armii

Saturday, July 28th, 2001

Oleg Juszkin jest pierwszym koszykarzem zza granicy z którym Brok Czarni Słupsk podpisał już kontrakt na grę w sezonie 2001/2002. Dzisiaj i jutro podpisane mogą być kolejne umowy.

– Niektóre publikacje prasowe niepotrzebnie namąciły w głowach zawodników, dlatego chcemy do końca utrzymywać pewne rzeczy w tajemnicy – mówi Andrzej Twardowski, wiceprezes Brok Czarnych. Powszechnie jednak wiadomo, że najbliżej podpisania kontraktów są kolejni po Juszkinie Białorusini: Rusłan Bajdakow, Andriej Krivonos i Oleg Korzenec. Ten ostatni jednak prowadzi także równoległe rozmowy w Polsce z Notecią Inowrocław, a także z niemieckim Bayernem Leverkusen. Biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio grał w lidze niemieckiej to może być to decydujące, i uroki Słupi czy Noteci nie będą dla niego zbyt atrakcyjne a sam wybierze brzegi Renu. Słupscy działacze prowadzą także rozmowy z ulubieńcem trenera Aleksandra Krutikowa jeszcze z czasów wspólnego pobytu obydwóch w Astorii Bydgoszcz, Augenijusa Vaskysa – Litwina. Jednak alternatywą wobec niego mogą być oferty gracza z Polski lub kolejnego ze wschodu….

Z zawodników polskich ,z którymi trzeba podpisać kontrakty do 31 lipca, najbliżej podpisania umowy jest Krzysztof Wilangowski, chociaż tutaj wciąż wszystko rozbija się o wysokość apanażu. Dla klubu określona suma proponowana przez koszykarza to dużo, dla centra oferta klubu to mało. Mimo rozbieżności pewnie dojdzie do porozumienia. Zaawansowane rozmowy prowadzone są z Pawłem Szcześniakiem, rozgrywającym Anwilu Włocławek. Wielkie zakusy ma na niego Wisła Kraków prowadzona przez Wojciecha Kobielskiego, niedawnego jeszcze trenera włocławian.
– Szcześniak powinien jednak wybrać grę w ekstraklasie – mówi Twardowski, chociaż jeszcze do podpisania kontraktu nie doszło.

Plotką jest tylko powrót do Słupska Andrzeja Karasia, szybciej zagra w Broku Czarnych Łukasz Żytko, bo jest taka możliwość. Rozgrywający w AZS Toruń, próbowany był ostatnio w reprezentacji Polski, chociaż bardzo chce widzieć go w Spójni Stargard Szczeciński Ryszard Szczechowiak. Niedługo powinno także dojść do podpisania aneksu do umowy z Rafałem Frankiem, jedynym słupszczaninem w składzie. Na razie jednak Frank stawia warunki. Nie ma chętnych, którzy widzieliby w swoich szeregach Marcina Stokłosę i Artura Golańskiego…. są więc ponownie najbliżej Czarnych.

Autor artykułu: (res)

Najbezpieczniejsze miasto świata

Saturday, July 28th, 2001

- Przez jedną dobę byliśmy najbezpieczniejszym miastem nie tylko w Europie, także na świecie. Mimo że ulice były nieoświetlone. Dzięki ofiarności policjantów doszło tylko do dwóch incydentów, czyli prób włamań. To rekord Guinnessa. Szkoda, że tak nie może być codziennie – stwierdził Jerzy Mazurek, prezydent Słupska, na ostatniej, nadzwyczajnej sesji Rady Miejskiej, przedstawiając działalność sztabu antykryzysowego. W ten sposób dziękował funkcjonariuszom policji.

Tak naprawdę dopiero w sytuacjach wyjątkowych zwykły śmiertelnik uświadamia sobie, jak potrzebna jest policja. I to nie tylko w przypadku powodzi, czy innego zagrożenia. Polityczne zmiany systemowe, przekształcenie milicji w policję, a przede wszystkim liberalizacja prawa spowodowała totalne zamieszanie. W Polsce wzrosła przestępczość, w Słupsku także. Mimo że obywatele obwiniają policję za wiele, nie zawsze słusznie, to jednak w rankingu zaufania społeczeństwo właśnie policję wymienia na pierwszym miejscu.

W Polsce jest 100 tysięcy etatów policyjnych. Jak szacują specjaliści w przeliczeniu na jednego mieszkańca do standardów europejskich brakuje nam około 20 tys. etatów. Generalnie policja jest niedoinwestowana, brakuje specjalistycznego sprzętu, szybkich samochodów do ścigania złodziei, a ostatnio nawet pieniędzy na paliwo. Bo wojewoda musi oszczędzać – takie ostatnio wydał zarządzenie.

To bolączki dnia codziennego policjantów. Aktualnie tylko w Słupsku funkcjonariusze mają do dyspozycji sześć Volkswagenów busów do patrolowania bezpośredniego. A ostatnio wydział ruchu drogowego wzbogacił się nie tylko o wideo-radar, także o dwa motocykle typu Yamaha 250. Dzięki tym szybkim motorom już żaden złodziej samochodów w Słupsku nie ucieknie.
- W Słupsku i rejonie jest 58 dzielnicowych. Dynamika wszczętych dochodzeń zmniejszyła się dla miasta i aktualnie wynosi 92 proc., a dla rejonu 97 proc. – mówi Piotr Sochacki, p. o. rzecznik prasowy szefa słupskiej policji.

Generalnie dzielnicowi są przeciążeni pracą. Ale pracą papierkową, stąd wielokrotnie poszkodowani denerwują się, kiedy w przypadku drobnego zdarzenia czy kradzieży muszą drobiazgowo odpowiadać na proceduralne pytania. Niestety, takie jest prawo.

Większość zdarzeń w Słupsku to właśnie drobne kradzieże z piwnic, altanek na działkach czy w autobusach miejskich.
- Jednak wykrywalność przestępstw w mieście wzrosła aż o 12 proc. w stosunku do ubiegłego roku, a w rejonie o 10 procent – podkreśla Sochacki. Niestety, negatywnie na tę statystykę wpływa działalność przestępców, którzy corocznie zjeżdżają na gościnne występy w sezonie letnim.

Policji i innym służbom potrzebna jest autentyczna pomoc w ograniczaniu i wykrywaniu wszystkich zjawisk, w których łamane jest prawo i naruszana zasada praworządności. A służy temu program “Bezpieczne miasto”. Zakłada on szerokie współdziałanie służb ochrony porządku publicznego ze społeczeństwem Słupska. Podobny program sprawdził się na Zachodzie. Już zainstalowano w centrum miasta dwie kamery, będą montowane dalsze.

Policjanci w służbie czynnej, zatrudnieni w jednostkach terenowych muszą podnosić swoje kwalifikacje. W słupskiej Szkole Policji funkcjonariusze szkolą się na dzielnicowych, instruktorów wyszkolenia strzeleckiego, wywiadowców prewencji, kadry dowódczej pododdziałów prewencji, kierowników rewirów dzielnicowych i policjantów policyjnych izb dziecka. W Szkole prowadzone są ponadto egzaminy na podoficera i aspiranta policji.
- To właśnie my uczymy przyszłych dzielnicowych podejścia merytorycznego i ludzkiego do obywatela. Te zmiany już widać, choć to wciąż za mało – mówi inspektor Zbigniew Rosiak, komendant Szkoły Policji w Słupsku.

Wykładowcy tej szkoły od lat szczególną troską otaczają uczniów słupskich szkół podstawowych, w których prowadzą pogadanki na temat bezpieczeństwa w ruchu drogowym, praw człowieka oraz patologii społecznych, takich jak: przemoc w rodzinie, narkomania i alkoholizm. Zgodnie ze starą maksymą – lepiej ostrzegać i zapobiegać.
A feralnej nocy, kiedy spadło 80 litrów deszczu na metr kwadratowy Słupsk dodatkowo patrolowało 150 policjantów, nierzadko brodzących po pas w wodzie. Mimo że zostali zerwani ze snu i nie mieli w tym czasie dyżuru…

Autor artykułu: (cos)

Na szczęście komponuje

Saturday, July 28th, 2001

Gdyby nie śpiewał i nie komponował byłby pewnie kierowcą autobusu linii 124, który w czasach jego dzieciństwa kursował na trasie Olsza 2 – Osiedle Podwawelskie.
Przy tej trasie na ul. Basztowej mieściła się też szkoła muzyczna, do której później uczęszczał.

Druga pasja poza muzyką, do której nadal się przyznaje, to właśnie motoryzacja. Uwielbia jazdę samochodami terenowymi, rajdy z przeszkodami, pasjami wyjeżdża na różne pagórki: Magurkę koło Żywca czy Groń we wsi Łętownia. Przyznaje, że odgłos pracującego silnika odczuwa jak rodzaj muzyki. Najlepszym jego pilotem jest córka Antosia.

Zaczął bardzo wcześnie, już jako siedemnastolatek, więc dziś zbiera mu się na podsumowania. Ostatnią, siódmą w swojej karierze płytę “Ultima”, nazwał zamknięciem pewnego etapu, podsumowaniem całości, dopełnieniem cyklu, który zaczął w 1993 roku albumem “Pod światło”. Do komponowania natchnęła go “Szalona lokomotywa” Jana Kantego Pawluśkiewicza i Marka Grechuty. Jeszcze w liceum własnymi kompozycjami do wierszy Szekspira, Baczyńskiego i Witkacego wyśpiewał główną nagrodę na XX Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Zaproszony przez Piotra Skrzyneckiego na gościnne występy do Piwnicy pod Baranami zasiedział się tam na dobre jedenaście lat.

- W sobotę, bodajże 19 maja 1984 roku, po raz pierwszy w życiu wszedłem do Piwnicy – wspomina Grzegorz Turnau. – Piotr pozdrowił mnie, ale serdecznie, jakby kojarząc, kim jestem, a taki zaszczyt nieczęsto spotyka w Piwnicy debiutantów. Powiedział: Witamy pana, witamy serdecznie! No to co? Napijemy się! Aaaa… przepraszam. Panu, zdaje się, jeszcze nie wolno. Wpuszczono mnie do Piwnicy tak, jak do salonu, gdzie zgromadziła się cała dostojna rodzina, wpuszcza się dziecko, by powiedziało wierszyk na przyjęciu z okazji trzydziestej rocznicy wujostwa- żartuje artysta. – Czy spisze się lepiej czy gorzej? Ma te swoje pięć minut i wszyscy są zachwyceni.

Dziś już dojrzały Grzegorz Turnau przyznaje, że Piwnica dawała błogie poczucie bezpieczeństwa, a jego młody wiek bardzo ułatwiał mu pokonywanie bariery tamtejszej tradycji kompozytorskiej, głównie krążącego tam mitu Zygmuta Koniecznego. Młody Turnau nikomu przecież nie zagrażał, z nikim nie próbował się ścigać, więc udało mu się zachować niezależność. Od początku koncertował też samodzielnie, ale dopiero po czterech latach na piwnicznej scenie zaczął to zajęcie traktować jako zawód, rzucił nawet rozpoczęte studia na anglistyce.

- Z Piwnicą przeżyłem wszystko, co najważniejsze i najpiękniejsze, ale nie czuję się dozgonnie przywiązany do jednego miejsca i jednej grupy ludzi – podkreślał swoją wolność w jednym z wywiadów. – Piwnica jako idea, jako sposób pojmowania muzyki i piosenki, będzie we mnie na zawsze i w tym sensie ja będę zawsze w Piwnicy.
To legendarne miejsce okazało się więc nie celem Turnaua, ale pewnym etapem, kuźnią jego talentu. Kompozytor często podkreśla, że miał szczęście, bo udało mu się robić to co lubi, nie mieć żadnych zwierzchników i samemu narzucać sobie dyscyplinę. I rzeczywiście jak dotąd kolejne albumy ukazywały się z żelazną regularnością, co rok, najwyżej co dwa.

Choć na pierwszych jego płytach pojawiły się własne teksty tego artysty, z czasem jednak ich liczba na kolejnych krążkach malała, na “Ultimie” jest już tylko jedna. Turnau często powtarza, że nie jest poetą, ani nawet tekściarzem. Trochę w tym przekory, trochę kokieterii i zrozumiały u trzydziesto-czterolatka dystans do własnych artystycznych poczynań.

No cóż “Na ulicach cichosza, na chodnikach cichosza nie ma Słowackiego i nie ma Miłosza…”. Najczęściej i z największym zapałem zajmuje się więc tworzeniem oprawy muzycznej wierszy takich poetów, jak: Michał Zabłocki, Andrzej Poniedzielski, Wiesław Dymny, czy Agnieszka Osiecka. – Nigdy nie interesowała mnie tak zwana poezja śpiewana, czyli wiersze zużyte do zaśpiewania na scenie – powiedział kiedyś. – Wiersz zaśpiewany przestaje być wierszem, staje się piosenką, ale pod warunkiem, że wraz z muzyką tworzy nową całość. Toteż wybieram takie wiersze, które mają w sobie ukryte, tajne wejścia i labirynty do muzycznej penetracji.

Turnau kojarzony jest z Bracką, na której w mieszkanku z widokiem na Sukiennice, spędził dziesięć lat. Tam też zbierała się krakowska cyganeria. Wychował się jednak w jednym z krakowskich blokowisk, jednak nigdy nie czuł się człowiekiem znikąd. W niektórych wywiadach podkreśla swój ziemiański rodowód i przywiązanie do wartości. Turnau to nazwisko o austriacko-semickich korzeniach, a rodzina Turnauów przybyła do Galicji na przełomie wieków. Do 44 roku jego dziadek, dziennikarz piszący o tematyce agrarnej w krakowskim “Dzienniku Polskim” zarządzał majątkiem na Rzeszowszczyźnie. Dziś Grzegorz Turnau wraz z żoną Maryną i trzynastoletnią córką Antosią mieszka w starym, sześćdziesięcioletnim drewnianym domu pod Krakowem.

O kobiecości powiada, że jest twórczą siłą świata. Żonę Marynę – flecistkę poznał w Piwnicy pod Baranami. Połączyła ich, jak wspomina, nieśmiałość wobec świata. Zarzeka się jednak, że jako starszy pan nie będzie śpiewać piosenek o miłości. Krytycy piszą, że cechą jego muzyki jest wiarygodność. Wierzymy mu na słowo. Jego wizerunek sceniczny: inteligenckie okularki, eleganckie marynarki oraz emanujący spokój, łagodność i profesjonalizm znakomicie pasują do tekstów i muzyki, którą śpiewa. Wydaje się, że w przypadku Turnaua związek życia i muzyki jest większy niż w przypadku innych artystów. A może chodzi tu o krakowskość, o to co trafnie określił Andrzej Sikorowski: – Nam krew płynie pomału.
Może pomału, ale skutecznie i owocnie.

Autor artykułu: Anna Malcer

Gniew. Siłacze pod zamkiem

Friday, July 27th, 2001

Trwają przygotowania do trzeciej edycji imprezy pod nazwą Mocarz Kociewski. Głównymi aktorami widowiska będzie sześciu siłaczy rywalizujących w konkurencjach wymagających nie tylko niezwykłej krzepy i wytrzymałości, ale i odporności psychicznej.

Impreza odbędzie się w sobotę, 4 sierpnia (początek o godz.15), na przedzamczu gniewskiej warowni. Mierzący prawie po dwa metry wzrostu i ważący po ponad 100 kg mocarze, podobnie jak w porzednich edycjach, rywalizować będą w sześciu konkurencjach. Wszystkie wymyślił Józef Bejgrowicz, tczewski multimedalista sportów siłowych, wielokrotny mistrz świata, Europy i Polski, który jest równocześnie głównym animatorem imprezy z ramienia Starostwa Powiatowego w Tczewie. Współorganizatorem jest spółka Zamek w Gniewie. Patronat medialny, oprócz lokalnej prasy, objęły nad imprezą gdańska telewizja oraz Radio Głos i Radio Gdańsk.

Tytułu Mocarza Kociewskiego bronić będzie 24-letni Jarosław Gruba z Łęgowa, który przed rokiem zdetronizował zwycięzcę pierwszej edycji zmagań, gdynianina Daniela Szatkowskiego. W tegorocznej imprezie oprócz Gruby do współzawodnictwa staną Tomasz Popowicz z Gdyni, Tadeusz Hryciuk z Milicza, Zbigniew Turowski z Łomży, Wojciech Wicki z Łęga oraz tczewianin Marcin Mikliński. Popowicz i Hryciuk to czołowi polscy “strong mani”. Najmłodszy w tym gronie, 18-letni Mikliński, reprezentując tczewski Klub Sportów Siłowych, w marcu tego roku zdobył złoty medal na mistrzostwach polskich siłaczy w wyciskaniu sztangi na ławce. Rywalizacja zapowiada się zatem niezwykle ciekawie.

Przypomnijmy, że przed rokiem, miejsca od 2 do 6 na mecie zmagań, za Grubą, zajęli Mariusz Majorowski z Tczewa, Grzegorz Kania z Pruszcza Gd., Damian Koszyk z Miłobądza oraz Daniel Makowski i Wojciech Wicki (obaj z Tczewa). Jako ciekawostkę dodajmy, że w jednej z konkurencji wymagającej nie tylko krzepy, ale i odporności psychicznej, tzw. “wadze płaczu” rekord ustanowił, poprawiając poprzedni, M. Majorowski, który 12-kilogramowe topory utrzymał w wyprostowanych poziomo ramionach przez 2 min i 46 sek. Czy za tydzień padnie kolejny rekord? By się o tym przekonać warto w przyszłą sobotę wybrać się do gniewskiej warowni.
Oprócz pamiątkowych medali i dyplomów dla wszystkich, najlepszy z rywalizujących o tytuł Mocarza Kociewskiego otrzyma nagrodę w wysokości 800 zł. Kolejni zainkasują odpowiednio 600 (za II miejsce), 400 (za trzecie), zaś pozostali po 200 zł.

Autor artykułu: (zb)